Dzisiejsza niedziela postanowiła udowodnić mi, że jest najbardziej smętnym, pozbawionym słońca i energii dniem listopada. Szara, bura i ponura, taka że najlepiej schować się w kąciku i przeczekać wszystkie smutki. Mogłabym tak zrobić, ale znalazłam dużo lepszy i ciekawszy sposób. Zdecydowałam się na lekturę książki autorstwa
W. Bruce'a Camerona "Psiego najlepszego. Był sobie pies na święta". Kto zna poprzednią powieść autora, czyli
"Był sobie pies" już wie, że nie mogłam dokonać lepszego wyboru w zmaganiach z ponurą, jesienną aurą. Ja nie wiedziałam, ale zerkając na uroczego psiaka, spoglądającego na mnie z okładki powieści, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to będą najlepiej spędzone godziny kończącego się powoli weekendu.