Awaria zasilania na wielką skalę, czyli recenzja "Blackout" Marca Elsberga.





Od tygodnia już przebywam w domu z powodu okrutnej infekcji górnych dróg oddechowych. Wiadomo. Przednówek. Luty. W pracy pomór. Ja, tradycyjnie - uziemiona. I to dosłownie. W domu jednak mam wszelkie udogodnienia związane z XXI wiekiem, w którym mam szczęście / bądź nie/ żyć. Wiadomości na bieżąco dostarcza mi telewizja, portale społecznościowe, Internet. Wystarczy włączyć odpowiednie urządzenie. Nawet zakupy dostarcza mi kurier z internetowego sklepu. Pewnie za kilkanaście lat przywiezie mi je osobisty robot. Tak może być, pod warunkiem że na stałe będziemy mieć dostęp do źródeł energii.
W domowej rzeczywistości sprowadza się to do gniazdka i wtyczki przez którą zawsze, ale to zawsze ma obowiązek ów prąd płynąć. A jeśli zdarzy się inaczej?
Wówczas mamy do czynienia z czymś co nas zaczyna przerastać. Jeśli awaria trwa kilka godzin nie zauważamy problemu, ponieważ wiemy, że prędzej czy później wszystko wróci do normy. Ewentualne nieprzyjemne skutki takiego stanu rzeczy to rozmrożona lodówka, cisza w domu czy mrok rozświetlany blaskiem płomieni świec. Krótkotrwałe awarie zasilania jesteśmy w stanie nawet zrozumieć. Niekiedy mogą być one nawet romantyczne.
Ale scenariusz dla współczesnego mieszkańca dużego miasta może być też zupełnie czarny i niepokojący. To blackout. Utrata napięcia w sieci elektroenergetycznej na znacznym obszarze. 
Kilka lat temu, 8 kwietnia 2008 roku w moim mieście miało miejsce takie właśnie zdarzenie. Po przebudzeniu ujrzałam za oknem śnieżny obrazek. Okazało się też, że nie ma prądu w mieszkaniu. Obrazek za oknem był bardzo malowniczy. Pięknie, biało i czysto. A że kwiecień? Cóż, zdarza się. Później dowiedziałam się, że śnieg był mokry i łamał słupy energetyczne jak zapałki.  Oczywiście wyruszyłam do pracy, dotarłam do pętli tramwajowej i wciąż jeszcze nie skojarzyłam faktów. Tramwaje nie odjeżdżały, podstawiono autobusową komunikację zastępczą. Jednak przecież dzień wcześniej zapowiadany był strajk tramwajarzy. Do pracy dotarłam. To był ważny dzień egzaminu dla uczniów mojej klasy, nawet wszyscy dotarli i całe przedsięwzięcie udało się przeprowadzić.
Ale po pracy prądu nadal nie było. I to nie tylko u mnie, ale właściwie wszędzie. Awaria musiała być więc poważna, ale jak to sprawdzić? Ludzie przekazywali sobie jakieś strzępki informacji w kolejkach po chleb i inne produkty. Sprzedawczynie podliczały należność za zakupy na kartce papieru, kasy fiskalne nie działały. 
Pierwsze trudności.
W domu po pracy nadal prądu nie było. Wtedy udało mi się cokolwiek dowiedzieć za pośrednictwem Internetu z laptopa, który na szczęście był naładowany. Jednak w 2008 r. mój model na takim ładowaniu wytrzymywał, góra 2 godziny. Ale wtedy już wiedziałam - nastąpił "blackout" i to w niemal całym województwie.
Dla mnie oznaczało to również brak wody. Pompa działa na prąd. Koleżanka przywiozła mi wodę w butelkach, jednak o podgrzaniu jej nie było mowy. Kuchenka elektryczna więc nie działała. 
I tak oto powoli docierała do mnie groza sytuacji. 
Później prąd wrócił. Chyba nawet dość szybko, jak na tamte warunki. Minęło kilka lat. Zapomniałam. Po drodze zdarzały się jeszcze dni z kilkugodzinną utratą energii elektrycznej. 
Jednak będąc na zwolnieniu lekarskim znalazłam czas na kolejną książkę. i znowu wszystko mi się przypomniało. Lektura tej książki z perspektywy własnych odczuć była tym bardziej wciągająca.
Ta książka to "BLACKOUT", thriller Marca Elsberga.

Powieść jest bardzo obszerna, liczy bowiem ponad 700 stron ale jest wielowątkowa i naprawdę wciągająca. Występuje w niej wiele postaci i oczywiście główny bohater, dawny haker a aktualnie, można powiedzieć, jedyny człowiek, który wie co tak naprawdę się wydarzyło. To dzięki niemu dowiadujemy się czym jest inteligentna sieć energetyczna. Przystojny Włoch Piero Manzano naprowadza czytelnika na ślad wiodący do siatki terrorystów, którzy swój atak planowali od wielu lat. 
Tak. Być może właśnie w ten sposób w przyszłości będą wyglądały ataki terrorystyczne. Po cóż inne, skoro od braku zasilania następują niebezpieczne awarie w elektrowniach atomowych? W powieści takie awarie mają miejsce w Europie, na terenie Francji. 
Dość swojskim akcentem w powieści jest wspominanie kilkukrotnie o sytuacji panującej także w Polsce.
Poszukiwanie sprawców ogromnej światowej awarii / w połowie powieści dociera ona również na teren Stanów Zjednoczonych/ zajmuje sporo czasu. Główny bohater musi uciekać, ukrywać się przed policją i wspólnie z dziennikarką Laurel Shannon dociekać prawdy oraz dowieść swej niewinności.
Wraz z przygodami tej dwójki bohaterów możemy przyjrzeć się jak zachowuje się społeczeństwo w obliczu tragedii, apokalipsy w nowoczesnym wydaniu.
Początkowo ludzie sobie pomagają, udzielają schronienia w domach z agregatami prądotwórczymi. Jednak z czasem każdy dba tylko o siebie i własnych najbliższych. następuje eskalacja niezadowolenia wobec władz miejskich i państwowych. Dochodzi do zamieszek. W ciekawy sposób pokazana jest ucieczka więźniów z różnych więzień. 
Mamy też do czynienia z sytuacjami związanymi ze skutkami awarii w elektrowniach atomowych. Strach przed chorobą popromienną, los ludzi umieszczanych w tymczasowych obozach dla ewakuowanych.
Jednocześnie przyglądamy się działaniom podejmowanym przez różne służby państwowe i międzynarodowe, które próbują przywrócić ład i stan sprzed awarii. Ludzie ci korzystają z energii elektrycznej gromadzonej na wypadek opisywanych wydarzeń. Mają dostęp do wody, prysznica, kawy, kanapek i innych pożądanych przez ludzi dóbr cywilizacyjnych. To wzbudza wściekłość u tych, którzy każdego dnia muszą walczyć o przetrwanie, jedzenie, sen w bezpiecznym miejscu.
Awaria na tak wielką skalę, opisana w powieści, budzi wielką grozę. Tym bardziej, że jej zakończenie wcale nie daje zbyt wiele optymizmu. Owszem, udaje się zapobiec największej katastrofie, ale skutki wydarzeń opisanych na kartach książki dają wiele do myślenia.
Trudności z przywróceniem normalności mogą być rozłożone długie lata po.
Powieść "Blackout" trzyma w napięciu, świetnie ukazuje ludzkie zachowania i niesie z sobą ważne przesłanie - do czego może doprowadzić nasze ogromne uzależnienie od...prądu?
Po zakończeniu lektury przez pewien czas można nawet próbować jakoś przygotować się do podobnej sytuacji. 
Znajomy z jednego z portali społecznościowych mówił mi, że jego żona po lekturze zapragnęła zrobić zapasy konserw na wszelki wypadek ;-)
I coś w tym jest. Może ludzie, którzy budują sobie specjalne schrony i szykujący się na nadchodzącą apokalipsę wcale nie są tacy szaleni?

0 komentarze: