Znalezione nie kradzione, czyli jak Stephen King ponownie mnie nie zawiódł.


wersja e - book



Stephena Kinga nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, szczególnie osobom które, tak jak ja, przeczytały niemal wszystko, co ten amerykański pisarz dał współczesnej literaturze. Przyznaję, że nie przebrnęłam jedynie przez sagę o Rolandzie "Mroczna Wieża". Choć próbowałam. To nie moje klimaty a  może zwyczajnie nie ten czas. Być może jeszcze kiedyś spróbuję. Inne powieści Kinga,
i te lepsze, i te słabsze nieco, przeczytałam już chyba wszystkie. W każdym razie zostało ich może kilka. Dlatego każdą nową powieść sygnowaną nazwiskiem tego autora zawsze witam z uśmiechem
i niecierpliwie czekam aż będę się mogła w niej pogrążyć. Tak było i tym razem. Lato sprzyja takim własnie lekturom, dla mnie to idealny duet.

"Znalezione nie kradzione" to najnowsza powieść Stephena Kinga, która nawiązuje i kontynuuje historię opowiedzianą w jego poprzedniej książce, pod tytułem "Pan Mercedes". Spokojnie można jednak potraktować  nową powieść pisarza jako osobny byt. 

"Znalezione nie kradzione" w pierwszej chwili przypomniało mi inną, rewelacyjną książkę Kinga, mianowicie powieść "Misery". Jej bohaterka była owładnięta obsesyjnym uwielbieniem dla pewnego pisarza i jego twórczości. W wydanej w czerwcu tego roku powieści również odnalazłam fanatyczne uwielbienie do książek i literatury.
Młody chłopak Peter Saubers, syn Toma poszkodowanego w tragicznym wypadku, opisanym w "Panu Mercedesie", przypadkiem znajduje kufer wypełniony po brzegi notesami firmy Moleskine oraz zawrotną ilością banknotów. Dla chłopca, którego rodzina prawie ulega rozpadowi z powodu kłopotów finansowych to niezwykłe zrządzenie losu i wyjątkowy łup. W sprytny sposób wykorzystuje więc znalezisko aby pomóc rodzinie i robi to przez następne lata aż do wyczerpania dwudziestu tysięcy dolarów. 
Jednak popada również w swoistą obsesję związaną z treścią znalezionych kufrze notesów. Trafiła mu się prawdziwa gratka, niewydane dzieło genialnego lecz zamordowanego wcześniej pisarza. Młody bohater z czasem odkrywa okrutną prawdę, ale staje też przed życiowym dylematem - czy powinien pokazać światu to zaginione dzieło i tym samym przyznać się do przywłaszczenia cudzej własności czy zwyczajnie w świecie przemilczeć to i owo?
Bo z zaginionym dziełem wiąże się tragiczna śmierć jego autora zastrzelonego przez chorego psychicznie fana. To kolejny bohater powieści Kinga, Morris Bellamy niemogący wybaczyć pisarzowi tego, jak pokierował życiem jego ubóstwianego bohatera literackiego. Zabija go więc, ukrywa w kufrze pieniądze oraz rękopisy z dalszym ciągiem ulubionej powieści a potem na trzydzieści lat trafia do więzienia by odbyć zasłużoną karę.
Przez cały czas marzy o tym, że w końcu uda mu się przeczytać zawartość notesów a przy okazji wykorzysta również niebagatelną sumkę.
I tu właściwie można przerwać. Losy bohaterów w przedziwny sposób będą się ze sobą wiązać aż do całkiem udanego zakończenia.
Historia opowiedziana jest naprawdę rewelacyjnie, ja osobiście od powieści nie mogłam się oderwać. Jest w niej, typowe dla Kinga, napięcie, jest dobry pomysł na fabułę, jest miłość do książek prowadząca do okrutnych zbrodni i wszystko tak naprawdę jest możliwe.
Od wielu lat jestem fanką niemal wszystkiego, co wyszło spod pióra - klawiatury Stephena Kinga, wobec tego zapewne moja opinia nie jest szczytem obiektywizmu. "Znalezione nie kradzione" czytałam z takim samym zainteresowaniem jak "Bastion", "Pod kopułą" czy ""Bezsenność". Można śmiało powiedzieć, że moja fascynacja tym pisarzem jest bliska euforii, jaką opisał on w swoim ostatnim dziele. Mam tylko nadzieję, że nie stanie się ona kanwą kolejnej tego typu powieść ;-)

Tytuł: "Znalezione nie kradzione"
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 480


0 komentarze: