Ach jak pachnie to kwiecie, czyli recenzja "Zapachu lawendy".



Upalny dzień poprzedzający oficjalny początek wymarzonych wakacji, gdy słupek rtęci na termometrze (właściwie w aplikacji komputerowej) wskazuje 30 stopni Celsjusza w cieniu,  jedyne o czym marzę to zimny napój i powiew chłodnego wietrzyku. Oczywiście można do tego dodać letni zapach kwiatów, piękne kolory nieba i trawy a także smak świeżych owoców i innych darów natury. Pięknie brzmi? A jakże. I to wszystko aktualnie serwuje nam czerwcowe lato kusząc nasze zmysły. Dlatego wybrałam książkę, której okładka idealnie wpisuje się w letni i wakacyjny czas.
To "Zapach lawendy", czyli zestaw trzech mini powieści autorstwa Niny Harrington, Lynne Graham i Amandy Browning. Każda z autorek napisała inną historię, lecz mającą wspólny mianownik w postaci scenerii dla opisywanych wydarzeń, która znajduje się w południowej Francji.


Trzy romantyczne opowieści to: Słoneczne lato, Miodowy miesiąc w Prowansji i Na południu Francji. W oryginale zaś: The Last Summer of Being, A Stormy Greek Marriage i The Millionaire's Revenge.

W Słonecznym lecie przenosimy się do pięknego starego domu z ogrodem "Mas Tournesol" w południowej części Francji. Gorące lato, zbliżający się mistral i perypetie rodzinne bohaterów to najważniejsze elementy opowieści. Historia na wskroś idealna i przewidywalna, ale lekka i przyjemna. Australijski przedsiębiorca komputerowy i prowadząca wspomniany dom kobieta wychowująca samotnie dziecko. Oboje spotykają się dość niespodziewanie, w ciągu kilku dni wywracają swój świat do góry nogami. Jest romantycznie, iskrzy i pachnie miłością od pierwszego wejrzenia.

Miodowy miesiąc w Prowansji ukazuje perypetie świeżo poślubionych małżonków, komplikacje wynikające z braku zrozumienia i zaufania. Z powodu braku szczerości dwoje bohaterów musi nauczyć się żyć od nowa, ale przede wszystkim na nowo kochać. 

Na południu Francji to opowieść pełna tajemnic z lekką nutą sensacji w postaci stalkingu. Historia o tym, że przypadek potrafi dać ludziom drugą szansę na zmiany w ich życiu. I oczywiście na wielką miłość.

Wspomniałam wcześniej, że historie zawarte w "Zapachu lawendy" połączone są scenerią, w której rozgrywają się wydarzenia fabularne poszczególnych opowieści. To oczywiście Francja, jej południowo - wschodnie rejony. Nie Lazurowe Wybrzeże, lecz mniej uczęszczane przez turystów zakątki. Małe miasteczka z malowniczymi rynkami, wiejskie krajobrazy i stare, rodowe posiadłości.
Znalazłam w tych opowieściach jeszcze dwa wspólne mianowniki. W każdej z nich mamy do czynienia ze światem ludzi pięknych i bogatych, w którym nie brakuje atrybutów luksusu w postaci szampana, drogich aut, jachtów a nawet prywatnych odrzutowców. W świecie tym jest jednak miejsce na uczucia. Być może za sprawą czegoś, a raczej kogoś ważniejszego. 
Magiczną moc łączenia bohaterów i wyzwalania z nich najpiękniejszych pokładów emocji i uczuć mają dzieci. To one są trzecim wspólnym mianownikiem zbioru opowieści "Zapach lawendy".


Książka z tak słoneczną i kolorową okładką idealnie wpasowuje się w piękne i słoneczne dni tego lata. To lektura niezobowiązująca, lekka i przenosząca nas do nieco wyimaginowanego świata, w którym wszystko się zdarza i w końcu układa po naszej myśli. W tym świecie miłość kwitnie niezależnie od okoliczności, pokonuje przeszkody i roztacza swój urok. 
Do przeczytania w leniwe popołudnie przy basenie lub na ławce w parku.
Bez wątpienia dla kobiet, które chciałyby na chwilę przenieść się do romantycznego świata wypełnionego letnimi krajobrazami pięknej Francji.

Jeśli chodzi o mnie czytając "Zapach lawendy" zrobiłam wyjątek. Chyba potrzebowałam czegoś wyjątkowo lekkiego i po trosze bajkowego. Przy temperaturze powietrza gotującej asfalt na drogach nie mogłam wybrać lepiej.

Tytuł: "Zapach lawendy"
Autor: Nina Harrington, Lynne Graham, Amanda Browning
Wydawnictwo: HarperCollins Polska 
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 416
egzemplarz recenzencki

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu:


0 komentarze: