Marta Wiktoria Kaszubowska, czyli rozmowa dwóch szczecinianek. Zapraszam na wywiad ze szczecińską pisarką.


Mieszkam w Szczecinie. To moje miasto rodzinne. Mieszka w nim również młoda pisarka, której chciałabym poświęcić dzisiejszy wpis, przy okazji zachęcając wszystkich do sięgnięcia po dwie powieści jej autorstwa, czyli "Zapach tytoniu" i "Brakujące ogniwo". Ponieważ dobrze jest poznawać ludzi w trakcie rozmowy zapraszam do przeczytania wywiadu, który przeprowadziłam w ostatnich dniach z Martą Wiktorią Kaszubowską.

Beata Wasilewska (BW) Jest Pani autorką dwóch powieści „Zapach tytoniu” i „Brakujące ogniwo”. Wiem, że największą pasją w Pani życiu jest pisanie. Jak to się zaczęło?

Marta Wiktoria Kaszubowska (MWK) Już we wczesnym dzieciństwie byłam  ciekawa świata. Rodzice poświęcali dużo czasu na mój rozwój wewnętrzny – czytali baśnie, regularnie chodziłam z nimi do teatru Lalek Pleciuga, do kina. Z pewnością wywarło to spory wpływ na moją dzisiejszą drogę. Czym skorupka za młodu nasiąknie…

BW: Pani książki związane są ze Szczecinem. Przyznam, że z tego powodu sięgnęłam po jedną z Pani powieści, czyli „Brakujące ogniwo”. Byłam ciekawa, w jaki sposób przedstawi Pani nasze miasto we współczesnej historii. Dzięki Pani trafiłam w sam środek nowoczesnej korporacji realizującej swoje zadania w centrum Szczecina. Dla mnie było to ciekawe doświadczenie, ponieważ na co dzień pracuję w szkole. A jak jest z Panią? Czy miała Pani okazję posługiwać się korporacyjnym slangiem, który umieściła Pani w „Brakującym ogniwie”?

MWK: Przez pewien czas byłam blisko związana ze szczecińską korporacją. Gdybym nie doświadczyła funkcjonowania w międzynarodowym, na wskroś zmodernizowanym środowisku, nie podjęłabym się napisania „Brakującego ogniwa”. Uważam, że jednym z najważniejszych przykazań dobrego autora jest trzymanie się rzeczywistości. No, chyba że ktoś zajmuje się fantastyką – wtedy (prawie) wszystkie chwyty dozwolone. Ponieważ jednak ja nie czułabym się dobrze w podobnych klimatach, w pisaniu kieruję się regułą prawdopodobieństwa.  Slang korporacyjny nie jest, wbrew obiegowej opinii, oznaką zmanierowania i fanaberii, a koniecznością. Po prostu, pracownicy wykonują zadania w zagranicznych programach i szkoda byłoby czasu na tworzenie polskich kalek językowych. Poza tym, nie brzmiałyby one dobrze. Działając w korporacji, musiałam więc używać specjalistycznych wyrażeń. Na początku nieco to uwierało, jednak przyzwyczaiłam się do tego w krótkim czasie. 

BW: Pani powieści należą do gatunku obyczajowych. Jednocześnie „Brakujące ogniwo” zawiera elementy akcji, a także dotyka ważnej kwestii zaginięć osób, które nie radzą sobie z problemami dnia codziennego. Czy myślała Pani o tym, żeby spróbować swoich sił w innych gatunkach? Na przykład w powieści historycznej lub kryminalnej? A może ma pani w planach zaskoczyć swoich czytelników?

MWK: Staram się, by moje powieści nie były przewidywalne. Przewidywalność niebezpiecznie ociera się o kicz, a nie wyobrażam sobie pisać romansideł, czy pseudokryminałów z gatunku „zabili go i uciekł”. Ciekawy obyczaj czy wciągający thriller muszą posiadać dobrze zarysowane postaci, zaskakujące zwroty akcji przyprawione humorem. Dziś najlepiej czuję się w klimatach obyczajowych z różnymi domieszkami. Jak Pani słusznie zauważyła, „Brakujące ogniwo” ma w sobie  elementy akcji. Mogę zapewnić, że moja kolejna powieść również będzie intrygującą mieszanką. Pisanie jest dla mnie wyzwaniem, dlatego właśnie  tak cenię literacki research. Sprawia on, że ja i moi czytelnicy dowiadujemy się czegoś nowego.  Autor, który w procesie twórczym idzie na łatwiznę, nie okazuje szacunku dla odbiorców. 

BW: Fascynują Panią Indie i kultura tego kraju. Skąd to zainteresowanie? Czy ma Pani może swoich ulubionych orientalnych autorów? 

MWK: Kulturą indyjską interesuję się od wielu lat. Nie przestają mnie zadziwiać, zachwycać, a czasem i przerażać. Są piękne, fascynujące i okrutne zarazem, stwarzają niektórym wielkie możliwości, odbierają nadzieję innym. Najbardziej w tym kraju podoba mi się przywiązanie do tradycji, autentyczne wyznawanie ideałów hinduizmu.  Najważniejszym autorem dzieł i filozofem indyjskim jest dla mnie Swami Vivekananda, żyjący na przełomie XIX i XX wieku. Mimo swojego krótkiego, trzydziestodziewięcioletniego życia, dokonał w Indiach wielu ważnych zmian. Potrafił połączyć teorię Advaita Vedanty, nurtu którym podążał, z praktyką. Był  w tej materii nowatorem – wcześniejsi myśliciele Advaita Vedanty woleli raczej nie opuszczać wygodnej, mistycznej, otoczki. Za jego inicjatywą, powstały w Indiach szkoły, centra edukacyjne i szpitale, a programy reform sygnowane imieniem Vivekanandy przyczyniają się do wzrostu świadomości społecznej w Indiach. Uważam go za jedną z najważniejszych postaci w historii świata. Zasługuje, aby stać w równym rzędzie z osobami takimi jak Mahatma Gandhi, czy Matka Teresa z Kalkuty. Szkoda, że niewielu Polaków o nim słyszało. Mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni – za kilka miesięcy bronię pracę doktorską poświęconą właśnie Swamiemu Vivekanandzie i zamierzam popularyzować jego nauki. Póki co, na gruncie lokalnym.  

BW: Realizowanie pasji, praca doktorska, życie zawodowe i prywatne. Na pewno nie jest łatwo pogodzić wszystkich zajęć z pisaniem książek. Czy myśli Pani już o kolejnej historii, którą chciałaby Pani opowiedzieć czytelnikom? A może niespodzianka jest już gotowa?

MWK: Niespodzianka jest w fazie kreacji, bo  „co nagle, to po diable”. Kolejna książka  będzie jeszcze bardziej dojrzała i zaskakująca niż dwie poprzednie. By ten zabieg się udał, potrzeba czasu oraz inspiracji. Mam już jednak spójną koncepcję i wiele przemyśleń. Mogę zdradzić, że do trzeciej powieści również dołączę orientalne smaczki.
Młodym pisarzom nie jest łatwo z paru powodów. Przede wszystkim, nie sposób (poza paroma chlubnymi wyjątkami) porzucić pracy zawodowej i poświęcić się pasji. Zakrawałoby to, dosadnie mówiąc, na ekonomiczne samobójstwo. Szare poranki i ślęczenie w biurze nie działają na autora uskrzydlająco. Tutaj pojawia się bardzo ważny termin: pisarska konsekwencja. Wena jest kapryśna. Gdy nadchodzi, czuję się świetnie, jestem na literackim haju, mogę góry przenosić, a  słowa spływają na klawiaturę niczym manna z nieba. Co zrobić jednak, gdy natchnienie pakuje walizki, strzela focha i znika pod osłoną nocy? Wtedy trzeba sobie jakoś poradzić, ponieważ długa przerwa w pisaniu książki jest bardzo złym pomysłem. W takiej chwili siadam przy biurku, gapię się na migający kursor w Microsoft Wordzie i zmuszam szare komórki do współpracy. Na początku idzie to opornie, ale w końcu myśli trafiają na odpowiednie tory. Doktorat mobilizował  mnie do tworzenia książek. Praca naukowa diametralnie różni się od artystycznej - pisząc powieści, odpoczywałam od żmudnego, akademickiego obowiązku. Rezerwowałam sobie pięć dni na doktorat, a weekendy na książki. Jak widać, ten system zadziałał.   
Kolejna, problematyczna kwestia dla młodych autorów to  trudność przebicia się do lokalnych i ogólnopolskich mediów. W kwestiach promocji początkujący pisarze są zdani sami na siebie, walczą o uwagę, a bywa to – niezależnie od literackiej wartości książki –walką z wiatrakami.  Nie można przecież przewidzieć, czy powieść  nikomu nieznanego  pana XYZ okaże się komercyjnym sukcesem. Media boją się zaryzykować i pozostają w bezpiecznej przystani znanych nazwisk. Z tego powodu, wiele dobrych pozycji odkładanych jest na redakcyjną półkę. To niesprawiedliwe i zamierzam w przyszłości  aktywnie przeciwdziałać tej ignorancji. 

BW: Czy dobrze pisze się o miejscach, które zna Pani od urodzenia? Czy Szczecin jest odpowiednią scenerią dla Pani powieści?

MWK: Z pewnością łatwiej pisać o miejscach, które zna się na wskroś. Szczecin jest nowoczesnym, szybko rozwijającym się miastem, skrywającym wiele ciekawych zakątków. Cieszę się, że za moją sprawą czytelnicy odkrywają uroki Szczecina. Nie wykluczam jednak przeniesienia którejś książki do innego zakątka Polski. Proszę z resztą zauważyć – w „Zapachu tytoniu” pojawiają się wątki nadmorskie, w „Brakującym ogniwie” obecna jest górska sceneria. Nie zamykam się więc w „szczecińskości”.

BW: Czy istnieją takie tematy, których nie chciałaby Pani poruszać w swoich książkach? Jeśli tak, o czym nigdy Pani nie napisze?

MWK: Nie ma dla mnie tematów tabu, czego dowodami są „Zapach tytoniu” oraz „Brakujące ogniwo”. Powiem więcej – staram się, by moje książki były kontrowersyjne, aby zmuszały czytelnika do przemyśleń, przesuwały strefę komfortu. W moich powieściach pokazuję, że rzeczywistość nie jest czarno-biała. Naszym funkcjonowaniem rządzi niezwykła dynamika – na przykład w 1919 roku pewna działaczka feministyczna została aresztowana za noszenie spodni,  a do roku 1972 obowiązywał zakaz uczestnictwa kobiet w maratonach. Brzmi kuriozalnie?  Z pewnością. Takie były jednak ówczesne realia. Trzeba poszerzać granice tolerancji. Nie ma nic gorszego niż mentalny zaścianek. 

BW: O czym pani marzy – literacko i prywatnie?

MWK: Pragnę, by moje książki zyskiwały coraz większą grupę czytelników – wytrwale o to walczę. Dobrze byłoby kiedyś utrzymywać się z pracy twórczej. Chciałabym także propagować kulturę indyjską i myśl Swamiego Vivekanandy. Prywatnie życzyłabym sobie stabilizacji uczuciowej i fajnego towarzysza u boku :-)

BW: Dziękuję za rozmowę. Życzę Pani spełnienia wszystkich marzeń i radości pisania.

MWK: Dziękuję.

Fragment notki o Autorce na stronie wydawnictwa Novae Res: 


Marta Wiktoria Kaszubowska (ur. 1987) jest doktorantką filozofii indyjskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Interesuje się kulturami Dalekiego Wschodu i statusem kobiet w krajach orientalnych. "Zapach tytoniu" jest jej debiutem literackim. Jej największą pasją jest pisanie, czemu daje wyraz, realizując się jako dziennikarka.










Materiał zdjęciowy pochodzi ze strony poświęconej powieściom Marty Wiktorii Kaszubowskiej na Facebooku

0 komentarze: