Byłam w niezwykłej podróży mając tylko "Fioletowy plecak i trzy herbaty", czyli recenzja książki Łukasza Szopy. Przed premierą!



Podróże kształcą. To od dawna znana myśl. Podróże zmieniają, wzbogacają, pozwalają nabrać dystansu do wielu spraw i ludzi. Podróże. Nie wczasowe wyjazdy do zamkniętych turystyczno-hotelowych enklaw. Choć i one bywają interesujące, na przykład socjologicznie.
W ostatnich kilku dniach byłam uczestnikiem kilku podróży, na które pewnie nigdy nie zdecydowałabym się w rzeczywistości (może w głębi serca chciałabym to zrobić, ale wiadomo - lęk przed nieznanym, przyzwyczajenie do codziennej wygody, no i jak to tak, ruszyć prawie bez przygotowania w nieznane?). Podróże kształcą, książki o nich także. Nie inaczej jest z książką "Fioletowy plecak i trzy herbaty" Łukasza Szopy.

Książka stanowi zapis wyjątkowych wspomnień autora, który ponad dwadzieścia lat temu odbył trzy podróże, niemal w nieznane. Dzisiaj wydawać się mogą szaleństwem, w najlepszym razie podyktowanym młodzieńczą brawurą. Kto bowiem, będąc przy zdrowych zmysłach, odważyłby się na wyjazd ku krajom Wspólnoty Państw Niepodległych, świeżo deklarujących swą niepodległość po upadku siedemdziesięcioletniej dyktatury ZSRR? Łukasz Szopa, wówczas absolwent austriackiej szkoły średniej, zdecydował się na ten absolutnie zaskakujący krok.
Na początku nie sam, bo w towarzystwie dwójki młodych przyjaciół z Austrii. W 1992 roku wyruszyli w podróż do Azji Środkowej, z Warszawy do Moskwy i coraz dalej na Wschód, aż do jednego z najdłużej zamieszkanych miast świata - do Samarkandy. 
Młodzi, ale pełni entuzjazmu przetrwali podróż koleją, w wagonie kuszetkowym tak odmiennym od naszych wyobrażeń o wyglądzie wagonów sypialnych. Spędzili kilka dni wśród podróżnych, którzy okazywali im zainteresowanie i rosyjską gościnność. Rozmowy o niedawnych przemianach ustrojowych, przetykane były wspomnieniami i konsumpcją wódki, papryki i arbuzów, wszyscy cieszyli się z końca "głupiej zimnej wojny".
A później już w Biszkeku, w Kirgistanie planowanie dalszej drogi. W góry, na wieś, poza Uzbekistan. I jeszcze dalej do Buchary i Chiwy. Po drodze nowi ludzie i mnóstwo herbaty - zielonej. To patronka pierwszej podróży, towarzyszka turystycznych plecaków i mijanych widoków. Będą i kolejne.
Drugi wyjazd nastąpił w 1993 roku. Tym razem to podróż na Syberię i ku Mongolii. To nowy plan młodego podróżnika i jego nowej ekipy złożonej z przyjaciółki, może nawet dziewczyny i jej siostry. Początek wyprawy podobny, wizyta w Moskwie, spotkanie z kolejnymi przyjaźnie nastawionymi Rosjanami i wreszcie jazda Koleją Transsyberyjską, najdłuższą linią kolejową na świecie. Powiem szczerze, że ta część książki wzbudziła u mnie spore emocje. Myślę, że chciałabym kiedyś spróbować takiej podróży. Może powinnam uczynić to wtedy, gdy miałam owe dwadzieścia lat, jak bohaterowie relacji Łukasza Szopy. Ich włóczęga była ponownie brawurowa i młodzieńcza, ale wyczuwało się już większe doświadczenie, było inaczej, mniej wódki, inne potrawy regionalne i nowy rodzaj herbaty - tym razem owocowa. Ta, wydobywana z zakamarków plecaków towarzyszyła bohaterom do Irkucka, w samotnej chacie nad Bajkałem i w Ułan Bator. Jakże inny był jej smak od tej, którą częstowali ich mieszkańcy mongolskich jurt. Bo ta ostatnia, słona i z dodatkiem masła miała być najlepszym antidotum na upały.

Ostatnia herbata - czarna to odpowiedzialna za, tym razem samotną, podróż autora w 1995 roku. Można powiedzieć, że to wyprawa nie tyle kształcąca, co kształtująca bohatera i podróżnika. Zawierająca kalejdoskop przemyśleń, wrażeń związanych z polityką, religią, sztuką, literaturą oraz Wschodem i Zachodem. Jednocześnie opowiada o procesie dojrzewania, jest bardzo osobista, ale nadal odbywa się w "bywszym Sojuzie". Łukasz Szopa postanowił dotrzeć na Kaukaz, przez Ukrainę, aż do Gruzji. Ascetycznie, traktując podróż jako próbę przed planowanym wyjazdem do Bośni, objętej wówczas krwawą wojną domową. 
Ostatnia wyprawa opisana w książce to spojrzenie na trudną sytuację panującą w Gruzji i Abchazji. To zdecydowanie ogromne zderzenie Wschodu i Zachodu w sposobie myślenia, powolna transformacja i wiele absurdów związanych z codziennym funkcjonowaniem mieszkańców Gruzji lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku.

"Fioletowy plecak i trzy herbaty" to świetna literatura podróżnicza, po trosze nawet reportażowa. Język przekazu jest bardzo klarowny i obrazowy. Autor ma dar opowiadania. To gawędziarz, który potrafi zaskoczyć, rozbawić i skłonić do refleksji. Czytając jego relację czułam, że jestem tam razem z nim. Pokonuję kilometry drogi w kurzu i spiekocie, łapię "na autostop" - pociąg, próbuję odczytać trasę z nieaktualnego przewodnika czy mapy, uczę się alfabetu ormiańskiego, odświeżam swoją znajomość języka rosyjskiego. Pewnie jest tak, że słowa dawno poznane w danej sytuacji wracają niejako same. Uczyłam się tego języka jeszcze w szkole podstawowej, słowa są zakorzenione, ale przez lata przemian odrzucone. Może dzisiaj i tak byłoby łatwiej, mój telefon komórkowy jest przenośnym komputerem wyposażonym w translator językowy i wiele innych współczesnych udogodnień.
Podziwiam odwagę i zapał podróżników opisanych przez Łukasza Szopę. Zazdroszczę im niesamowitych wrażeń, emocji, nawiązanych znajomości, spotkania ludzi, którzy stawiani na ich drodze najczęściej starali się okazać zainteresowanie i pomoc.

Podróże kształcą. Książka o podróżach także. "Fioletowy plecak i trzy herbaty" to zapis spełnionych marzeń, zdobytych doświadczeń potęgowanych przez ciekawość świata, poszukiwanie rozwiązań zagadek, które stawia przed nami świat. Jeśli chcecie odbyć niezwykłą wędrówkę do dalekiej Azji szlakiem dawnych republik radzieckich ta książka jest dla Was. Dla tych, którzy pamiętają siermiężną rzeczywistość lat słusznie minionych i dla tych, którzy chcieliby się czegoś o nich dowiedzieć z pierwszej ręki, spod turystycznego śpiwora.

Tytuł: "Fioletowy plecak i trzy herbaty"
Autor: Łukasz Szopa
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 510
egzemplarz recenzyjny


Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu


0 komentarze: