Home Sweet Home, czyli recenzja powieści "Zawsze mieszkałyśmy w zamku" Shirley Jackson.


Shirley Jackson, amerykańska pisarka, urodzona w pierwszej połowie ubiegłego wieku, ostatnimi czasu święci triumfy wśród polskich czytelników, a to głownie za sprawą Wydawnictwa Replika, które przypomniało i opublikowało dwie powieści autorki, mianowicie "Nawiedzony dom na wzgórzu" oraz "Zawsze mieszkałyśmy w zamku". O mrocznej historii pewnego nawiedzonego domu pisałam niedawno, natomiast dzisiaj zabieram Was do równie tajemniczego miejsca, do posiadłości rodziny Blackwoodów. Czas na historię opowiedzianą na łamach powieści "Zawsze mieszkałyśmy w zamku".

Powieść została wydana w 1962 roku, szybko została okrzyknięta dziełem wyjątkowym pośród innych tytułów, które wyszły spod pióra Shirley Jackson, jak się okazało ostatnim, napisanym przed jej śmiercią w wieku 48 lat. Najczęściej jest określana jako powieść gotycka, i taką w rzeczywistości jest, choć warto również dodać, że autorka pokusiła się w niej o połączenie klimatu grozy z warstwą psychologiczną, która wypełnia po brzegi atmosferę mieszkańców pewnego domu. To rodzina Blackwoodów, a właściwie ich mała część, ponieważ kilka lat wcześniej, na skutek pewnego tajemniczego zdarzenia, pozostali mieszkańcy rodowej posiadłości zostali otruci. O tę okrutną zbrodnię oskarżono Constance, jedną z sióstr Blackwood. Wprawdzie została uniewinniona, ale okoliczna społeczność już wydała wyrok. Większość mieszkańców, żyjących po sąsiedzku z domem Blackwoodów zachowuje się wrogo wobec Constance i jej osiemnastoletniej siostry Mary Katherine. Merricat, główna bohaterka powieści, zarazem narratorka, to jedna z najciekawszych kreacji, z jakimi mamy do czynienia na łamach "Zawsze mieszkałyśmy w zamku". Młoda kobieta o mentalności dziecka, wyalienowana ze społeczeństwa, nieprzystająca do określonych wzorców, sprawiająca wrażenie "bujającej w obłokach", niemal każdy dzień spędza na wolnym powietrzu, wędrując z kotem Jonaszem po okolicy. Dziewczynka żyje w swoim świecie, kto wie, może na Księżycu, bo ten ostatni wydaje się jej najbardziej bezpiecznym miejscem dla niej i dla  siostry, którą bardzo kocha.
W otwierającym powieść rozdziale Mary Katherine musi udać się do miasteczka, żeby dokonać niezbędnych sprawunków. Ta wyprawa stanowi swoistą grę, której Merricat poddaje się, żeby poradzić sobie z ogólną wrogością mieszkańców wobec jej rodziny, uciec przed szyderczą, dziecięcą piosenką, której słowa prześladują ją aż do głównej ścieżki prowadzącej do bezpiecznego domu.
Do zamku Blackwoodów, gdzie życie jest spokojne, podporządkowane pewnym rytuałom, porom roku i codziennym zwyczajom.
Czytając powieść, powoli odkrywamy straszną prawdę o zbrodni, o truciźnie podanej do posiłku, o roli obu sióstr w rodzinnej tragedii. Jednocześnie na scenie pojawia się kuzyn Charles...co zwiastuje kolejne kłopoty i zmiany w życiu wszystkich Blackwoodów, w tym wuja Juliana, przykutego do wózka inwalidzkiego, wciąż wspominającego wydarzenia z dnia wielkiego zatrucia.

Powieść "Zawsze mieszkałyśmy w zamku", wypełniona niepokojem, wszechobecną atmosferą wykluczenia, jest jednocześnie historią o siostrzanej miłości i oddaniu, pozwalającym im przetrwać kolejne tragedie. W domu, spustoszonym przez pożar, po śmierci wuja, Blackwoodówny odnajdują spokój. Na zawsze odgradzając się od innych, mogą wieść swoje życie we własnym, prostym raju, "na Księżycu". Niespodziewanie powieść kończy się niemal idyllicznym akcentem, prawie jak w baśniach o kochankach, którym udało się złączyć na zawsze. Siostry odnajdują spokój we własnej "Alei Zakochanych". A sąsiedzi próbują odpokutować swoje winy przynosząc smakołyki na ganek spalonego, porośniętego bluszczem domu. I może tak to właśnie jest, że potrzebujemy skrawka domu i smaku ciastek z dzieciństwa, żeby czuć się naprawdę bezpiecznie.


Tytuł: "Zawsze mieszkałyśmy w zamku"
Autor: Shirley Jackson
Liczba stron: 224
Rok wydania: 2018
Wydawnictwo: Replika



0 komentarze: